Bartosz Majewski

marketing | sprzedaż | e-commerce

Jak przeczytać 45 książek w 2017

Zrobiłem swoje postanowienie noworoczne przeczytania 40 książek w 2016. 63 dni przed czasem. W tym roku przeczytanych książek będzie niewiele poniżej 50 (zostało 27 dni). Z tej okazji podzielę się wnioskami ws. tego co pomogło mi do tego dojechać, bo wydawało mi się to dość ambitnym postanowieniem (w 2015 przeczytałem 34)

1. Co druga książka dla zabawy. Nie wiem jak wy ale czasami pracując 50 godzin w tygodniu + spotykając się z biznesowymi znajomymi + czytając o biznesie czuję przesyt. Pracować ani się spotykać raczej nie przestanę, ale przestawić lekturę mogę. I dlatego 18/40 nie było związanych z pracą. Na 100% nie chciałoby mi się przeczytać 40 książek o biznesie w 2016. Nie jestem pewien czy przeczytałbym nawet te 22 gdybym nie robił przerw na inne tematy.

2. Czytanie po Polsku. 26/40 książek było po Polsku. Nie ważne jak dobrze znacie angielski jesteście w stanie przyswajać książki szybciej gdy czytacie po Polsku. To nie oznacza, że powinniście czekać aż Polskie wydawnictwa łaskawie przetłumaczą książki biznesowe (bo wtedy będą posiadały tylko wartość historyczną). Jeśli jest wersja po Polsku – kupujcie ją. To tyczy się w szczególności pozycji niebiznesowych oraz takich, które nie są świeżynkami.

3. Selekcja i odkładanie lektur. Na szczęście przeczytałem w tym roku tylko 2 słabe książki. Wynikało to z ostrej selekcji. Nie warto palić czasu i energii na słabe książki. Goodreads twierdzi, że w tej chwili czytam 6 książek. W niektórych momentach 2016 czytałem jednocześnie 10. Niektóre z nich zacząłem jeszcze w 2015. Czasami do nich wracam i czytam kilkadziesiąt stron. Potem pauzuję. Kiedyś je skończę – ale nie zmuszam się do tego. Dzięki temu bywam zmęczony konkretną książką – ale nie czytaniem.

4. Unikanie kobył na początku. Najdłuższa książka jaką przeczytałem w tym roku miała 587 stron. W 2014 przeczytałem 34 książki które liczyły 10765 stron (średnio 314 stron na książkę i 29.49 na dzień). W tym jak dotąd 10914 (średnia 272.85 na książkę i 36 stron dziennie). Gdybym chciał zachować średnią wielkość książki z poprzedniego roku i przeczytać 40 książek potrzebowałbym przeczytać jeszcze 1726 stron a więc prawie sześć 300 stronnicowych książek. Gdybym chciał przeczytać 40 książek przy średniej objętości 400 stron potrzebowałbym 16.000 stron a więc 43 strony dziennie – dość nierealistyczny jak na mnie cel. To nie znaczy, że nigdy nie przeczytam Lodu Dukaja czy Złego Tyrmanda (właśnie do tego drugiego wracam) ale jeśli ustawiamy sobie cele ilościowe to nie ma zmiłuj🙂 W przyszłym roku przyjmę po prostu cel ilości przeczytanych stron na poziomie 12.000 – 14.000, żeby nie przejmować się kobyłami🙂

Więcej o tym co czytam na moim profilu na goodreads

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

Postanowienia noworoczne – jak je dowieźć?

Zacząłem robić postanowienia noworoczne w 2014. To była katastrofa. Moje cele były źle zaplanowane, było ich zbyt wiele i co gorsza niewystarczająco je przemyślałem. W 2015 trzymałem się tego zwyczaju i po raz drugi spisałem postanowienia noworoczne. Zrobiłem 4/6 na powyżej 100%. Jedno na 95%. Jedno powyżej 50%. W 2016 zrealizowałem 4/6 na 100% lub więcej. Jedno na 60%. Jedno na 70% (w momencie gdy to piszę prawie cały grudzień jeszcze przede mną). Istnieje więc ryzyko, że mam coś do przekazania. Przez te 3 lata postanawiania wypracowałem zestaw narzędzi i dobrych praktyk związany z postanowieniami noworocznymi i planowaniem celów. Teraz przyszedł czas podzielenia się tym z szerszym gronem niż tÓylko niektórzy ze współpracowników i przyjaciół.

Gdzie się Pan widzi za 5 lat?

Z porażki w 2014 nauczyłem się tego, że krytycznym elementem planowania najbliższego roku jest planowanie pięć lat wprzód. Kto czytał thinking fast and slow wie, że zawsze przeceniamy to co możemy osiągnąć w tydzień, nie doceniamy tego co jesteśmy w stanie zrobić w rok i kompletnie nie doceniamy tego co potrafimy zrobić w 5 lat. Kto pracował w szybko rosnącym startupie kilka lat ten wie o czym mówię.

Zacznijcie więc od spisania trzech BARDZO konkretnych scenariuszy na siebie za pięć lat od teraz. Scenariusz ma być odpowiedzią na pytanie kim konkretnie będę za 5 lat. Scenariusz jest w trzech wersjach: Pozytywnej, neutralnej i pesymistycznej. Celem jest zdefiniowanie tego co nas kręci (pozytywny), tego co nas rozczaruje lub znudzi (neutralny) oraz tego czego się boimy.

Pomocne pytania:

Z czego jestem dumny?
Czym się zajmuję zawodowo?
Ile zarabiam?
Ile znam języków obcych i jakich?
Czy a jeśli tak to ile mam oszczędności?
Gdzie / w czym mieszkam?
Kto mnie otacza?
Co potrafię czego w 2016 nie umiem?
Co mnie cieszy?
Na co poświęcam czas?
Co robię wtedy czego nie robię teraz?

Warto poświęcić kilka godzin na tego typu refleksję. Kluczowa tutaj jest szczerość w stosunku do samego siebie, swoich obaw i aspiracji. Każdy z kim przechodziłem przez ten proces miał po tym etapie 5 konkluzje:

  • 5 lat to bardzo krótki okres. Jeśli scenariusz pozytywny ma się zrealizować to w większości przypadków muszę zacząć pracować nad nim już teraz.
  • Boję się negatywnego scenariusza i bardzo kręci mnie pozytywny
  • Żeby zrealizować wszystko co napisałem w pozytywnym scenariuszu potrzebuję więcej pieniędzy niż myślałem – ale są to kwoty które są w zasięgu
  • Są bardzo konkretne rzeczy które mogę zrobić żeby zrealizować pozytywny scenariusz i bardzo konkretne rzeczy, które mogę przestać robić żeby uniknąć negatywnego
  • Jak się zepnę to większość z tych rzeczy mogę zrobić w 3 lata

Dopiero wyposażeni w trzy scenariusze mamy właściwy kontekst do planowania najbliższego roku.

Jak planować?

1. Miej mniej niż 6 posanowień. Im mniej rzeczy musisz robić tym większe prawdopodobieństwo, że je zrobisz.

3. Stawiaj sobie ambitne cele. Jeśli coś nie jest inspirujące (ale byłoby zajebiście gdybym to osiągnął) nie wchodzi do excela. Nie powinniście mieć zbyt wielu takich ciągot po zrobieniu ćwiczenia ze scenariuszami ale z ostrożności procesowej zaznaczam.

4. Stawiaj sobie realne cele. Wzrost wynagrodzenia o 400% w rok to dla większości ludzi na etacie nie jest realny cel. Przyjmij wzrost o 30% (no chyba, że są jakieś szczególne okoliczności). Cele na poziomie 400% więcej czegokolwiek są paraliżujące bo wydają się zbyt odległe. (choć zdarzyło mi się już zrobić 330% założonego celu, ale to rzadkość)

5. Cele muszą być zgodne z metodologią SMART. Szczegóły tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/S.M.A.R.T._(zarządzanie)

6. Miej minimum 2 cele niezwiązane z pracą, kasą i innymi poważnymi sprawami. Jeśli twoje cele będą pasjonujące jak performance review z przełożonym nie będzie ci się chciało zaglądać do excela.

7. Uwaga na cele binarne. Cele binarne to takie, które da się zrobić lub nie, ale nie da się ich zrobic trochę. Na przykład “wezmę ślub, zrobię prawo jazdy, przebiegnę maraton,”. Tego typu cele bywają konieczne ale nie należy przesadzać z ich ilością, bo w przypadku niezrobienia ich może nie udać nam się np. 4/5 z naszych celów choć bardzo ciężko nad nimi pracowaliśmy.

8. Uwaga na konfliktujące się ze sobą postanowienia. Spróbuję 100 gatunków piwa, którego wcześniej nie próbowałem oraz schudnę 15 kg to świetny przykład sytuacji w której realizacja jednego celu oddala nas od realizacji innego.

9. Mapujcie przeszkody. Gdybyście musieli zrobić post mortem na koniec roku który planujecie i odpowiedzieć na pytanie “dlaczego się nie udało?” to co by to było? Zawaliłem cel w sportowy w 2014 bo miałem kontuzję, która wyłączyła mnie z biegania na dwa miesiące i nie wziąłem pod uwagę tego, że alergia uniemożliwi mi bieganie przez kolejne dwa. W efekcie zostało mi 8 miesięcy na zrobienie ambitnego celu, który planowany był na 12 miesięcy.

10. Pamiętaj o kiju i marchewce. Miej nagrody oraz kary za postanowienia. Do każdego postanowienia dopisz nagrodę, która się z tym wiąże. Np. ja za 40 przeczytanych w 2016 książek kupiłem sobie pióro. Nie kosztowało majątku więc nie kolidowało z celem oszczędnościowym, a teraz pisząc nim przypomina mi się, że jak sobie coś postanowię to to dowiozę. Ciekawym rozwiązaniem marchewkowym są też betting pools. Tzn. umawiamy się z kilkoma osobami, że wpłacamy do koszyka X złotych a potem osoby, które zrealizują cel dzielą się zawartością między sobą.

Do każdego postanowienia dopisz też karę, którą zautomatyzujesz poprzez oddanie jej wykonania komuś bliskiemu, kto jest na tyle bezwzględny, że nie będzie litości. Kary mogą być różne. Np. wpłacenie 500 złotych na partię polityczną lub organizację pozarządową, której nie cierpisz.

Dwa pytania, które są pomocne w planowaniu realizacji naprawdę ambitnych celów:

Jak by to wyglądało gdyby to było łatwe?
Jak by to wyglądało gdybym mógł to zrobić w 6 miesięcy?

Egzekucja

1. 30 minutowe spotkanie ze sobą na koniec miesiąca Wrzućcie je do kalendarza. Na tym spotkaniu jedynie uzupełniacie excel Taki excel wygląda bardzo prosto (jak widać poniżej). Tam gdzie kolor zielony uzupełniamy konkretne cele. Następnie pod każdym celem ostatniego dnia miesiąca uzupełniamy progres. Dzieki temu wiemy, że w danym miesiącu posunęliśmy się do przodu zgodnie z założeniami lub nie.

xxxxxx

2. Przepisujcie codziennie postanowienia. Serio. To wbrew pozorom nie jest tyle roboty, a pomaga skoncentrować się na tym co sobie zaplanowaliśmy w gąszczu codziennych zdarzeń. Poza tym jeśli nie jesteście w stanie się zmusić do tego, żeby napisać 10.000 słów w ciągu roku, żeby pomóc sobie w zbudowaniu nawyku to nie mam dla was dobrych wieści, raczej nie zrealizujecie swoich postanowień. W 2015 wytrwać w tym dość uciążliwym zwyczaju pomogło kupienie pióra którym lubiłem pisać oraz kalendarza z którego lubiłem korzystać.

3. Budujcie przewagę. Spróbujcie wymyślić sposób na zrobienie przynajmniej niektórych celów dużo przed czasem. W ten sposób np. Ostatni kwartał roku będziecie mogli poświęcić na dociśnięcie tylko 2 lub 4 celów zamiast 6. Albo będziecie mogli skupić się w drugim kwartale na mniejszej części postanowień, bo z innymi jesteście już do przodu.

4. Zróbcie ewaluację na koniec 2017 i powtórzcie proces. Teraz, robiąc to czwarty raz widzę wyraźnie jak bardzo wszystko pozmieniało się na lepsze. Jeśli przyjmiecie, że przez 3 lata zrobicie 12 zaplanowanych rzeczy na 100% i 6 na przynajmniej 50% zakładanego planu życie zmieni się diametralnie w kierunku wymarzonego scenariusza pozytywnego. Następny rok zapowiada się niesamowicie. Znowu.

Powodzenia!

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

Dlaczego nikt nie chce pomóc ci ratować świata?

Mamy w Polsce ogrom ludzi, którzy pomagają innym i działają na rzecz dobra wspólnego. Ucząc, pomagając, przelewając kasę na szczytne cele. Działających systemowo zamiast doraźnie. Mówię o prawnikach, którzy pół piątku doradzają za darmo dla ludzi, których nie stać na poradę prawną. O ludziach pracujących w NGO za darmo albo agencjach robiących akcje dla NGO za darmo. O akcji szlachetna paczka albo makretingowcach wydających kalendarz branżowy z którego dochód idzie na szczytne cele. Nie, 5 złotych na WOŚP, które wszyscy wrzucamy się nie liczy.

Bardzo często ci dobrzy ludzie mają jednak problem. Gdy tylko wejdą w charytatywne buty przestają ich cudownie obowiązywać marketingowe, biznesowe i sprzedażowe patenty działające w biznesie. A nie powinny – bo działają też poza biznesem. Niestety, nikt tym dobrym ludziom tego nie mówi – ponieważ wszyscy wiedzą, że nawet jeśli robią to źle to mają serce po właściwej stronie i starają się zmienić fragment świata na lepsze. Ponieważ wszyscy chcemy być mili – nie dostają informacji zwrotnej i nie poprawiają swoich działań popełniając te same błędy.

Pierwszym krokiem do rozwiązania problemu jest zauważenie go. Oto on: ci, którym staracie się pomóc dostają mniej pomocy, pieniędzy i wsparcia ponieważ pomagający nie są dość dobrzy w marketingu, sprzedaży czy perswazji.

Konkurujesz o uwagę klientów (potencjalnych wolontariuszy, sponsorów, patronów) z bankami, politykami, modelkami i telekomami w tych samych kanałach komunikacji w których one są obecne ze swoimi budżetami. Jeśli myślisz, że pozyskasz moją uwagę wiadomością na facebooku na ponad 200 słów – czas pomyśleć po raz drugi. Wybacz, TLDR. Napisz w komentarzu jakie to uczucie przegrać ze śmiesznym kotem. Dobre intencje czy walka o słuszną sprawę nie uzasadniają braku skuteczności czy marnowania zasobów takich jak twój czas albo uwaga twoich odbiorców. Wysyłanie wiadomości, które nie mają szans zadziałać bo brakuje im call to action sprawia, że nie dostajesz wsparcia, którego szukasz. Przez tego typu błąd jakieś dziecko nie dostaje pomocy, którego potrzebuje.

Nie zrozum mnie źle – wiem dlaczego tak jest. Każda złotówka wydana na marketera, sprzedawcę, konsultanta albo UX desingera to złotówka, która nie zostanie wydana na wsparcie słusznej sprawy. Czasami jednak, żeby zarobić stówę trzeba wydać piątaka. A nawet jeśli nie – na każdej konferencji marketingowej znajdziesz minimum kilku ludzi, którzy przepracują dla twojej słusznej sprawy parę godzin w tygodniu za darmo. Na pewno lepiej byłoby gdybyś spytał ich o pomoc zamiast o pieniądze (Większość marketerów nie zarabia kokosów – szczególnie za młodu). Jeśli nie wierzysz, że tak byłoby lepiej: zobacz tą, dwuminutową reklamę:

*https://www.youtube.com/watch?v=Hzgzim5m7oU

Znam wielu dobrych ludzi wśród marketerów i sprzedawców, którzy cały czas są proszeni o przelanie gotówki, której im non stop brakuje. Nie znam zbyt wielu, którzy są proszeni o poświęcenie kilku godzin. Widziałem sklepy internetowe, które podwajają sprzedaż po współpracy z dobrymi specjalistami. Bardzo chciałbym zobaczyć organizację charytatywną, która podwaja wyniki finansowe, z tym samym teamem, który poświęca czas pro bono.

Ps. Proszę, jeśli otrzymacie kiedyś zapytanie o przelew napisane na kolanie – wyślijcie ten artykuł w odpowiedzi i zaproponujcie cegiełkę w postaci 5 godzin pracy za darmo dla tej organizacji charytatywnej. Zapewniam, pomożecie im bardziej niż przelewając stówkę. A jeśli przez przypadek ktoś z organizacji charytatywnej przeczyta ten tekst – niech podeśle e-mail na bartosz@righthello.com zobaczymy co da się zrobić – możliwe, że będe chciał pomóc. Praca dla dobrej sprawy dobrego marketera jest warta znacznie więcej niż przelana stówka.

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

10 filmów, które inspirują biznesowo

Robiąc takie rzeczy jak e-commerce, marketing czy technologie trzeba rozumieć bardzo wiele modelów biznesowych i być na bieżąco z wieloma rynkami i trendami. To wymaga utrzymywania reżimu lekturowego. Badania, raporty, biografie przedsiębiorców, case studies czy książki o danych zagadnieniach to codzienność. Warto jednak zwrócić uwagę na filmy traktujące o kwestiach biznesowych czy technologiach. Łatwiej pomyśleć wtedy nieszablonowo, dokonać zmian albo rozpocząć nowy projekt. Oto 10 inspiracji, które polecam.

Dobry Rok

Margin Call

Get Rich Or Die Trying

Lincoln Lawyer

Męska Gra

Układ Zamknięty

Młode wilki

Pursuit Of Happiness

Glengarry Glen Ross

Raport Mniejszości

A może wy coś polecacie? Czego waszym zdaniem brakuje na tej liście?

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

Czy masz kontrolę nad swoim ruchem?

Stare przykazanie mówi „nie buduj biznesu w miejscu nad którym nie masz kontroli”. Ciągle jestem zaskakiwany jak wiele sklepów nie odrobiło tej lekcji. Wielokrotnie okazywało się już, że budowanie długofalowej strategii w oparciu wyłącznie o platformę nad którą nie ma się kontroli jest bardzo ryzykowne. Nie ma tu znaczenia jaka to platforma. Przekonały się o tym Skąpiec i Ceneo gdy za stosowanie niedozwolonych przez google praktyk wyleciały na kilkadziesiąt dni z organicznych wyników wyszukiwania tracąc przychody liczone w milionach złotych. One to oczywiście przetrwały, dzięki sporym rezerwom gotówki, które pozwoliły im przeczekać nie restrukturyzując zatrudnienia przez trudną chwilę. Większość sklepów nie ma jednak tego typu poduszki finansowej i miesiąc niesprzedawania to dla nich naprawdę duży problem.

Analogiczny problem miała firmy Obsessive. Ponieważ to marka bieliźniarska – publikowano zdjęcia sporej ilości modelek w bieliźnie. Za co facebook usunął profil tej firmy. Był to ruch bardzo kontrowersyjny – w końcu większość gwiazd porno ma swoje profile na facebooku a najsłynniejsza marka z branży bieliźniarskiej – Victoria`s Secret uchodzi za jeden z najlepiej prowadzonych profili na tej platformie.

Oberwał też Jacek Gadzinowski, który naruszył Facebookowy regulamin tworząc fałszywe konto osobowe pod które podpięty był fanpage jego bloga – Komunikacyjna trepanacja czaszki. Straty nie poszły w miliony, niemniej zasięg kilku tysięcy fanów i zbudowana społeczność bloga, które były efektem setek lub tysięcy godzin pracy – obróciły się w niwecz. Wnioski z tego wyciągnął niewątpliwie Paweł Tkaczyk, który od niedawna umożliwia na swoim blogu pozostawienie e-maila, tak aby otrzymywać komunikat o nowym wpisie autora.

Nie musi jednak dojść do usunięcia profilu na facebooku czy nałożenia filtrów, żeby firma zaczęła cierpieć z powodu braku kontroli nad platformą na której jest obecna. Każdorazowo zmiana algorytmu wyszkukiwania Google powoduje duże zmiany w ilości ruchu, który wpływa na sklepy z wyszukiwarek. Utrata 100.000 unikalnych użytkowników w skali miesiąca nie jest tutaj ewenementem. Ile to pieniędzy? Niemało, wystarczy policzyć. Analogicznie sprawy mają się ze zmianami w edge ranku Facebooka. Dziś, licząc proporcjonalnie do ilości fanów fanpage`a zasięg postów uległ zmniejszeniu w porównaniu np. z 2010 rokiem. A nikt nie zagwarantuje nam przecież, że edge rank nie ograniczy widoczności postów jeszcze bardziej. Facebook zarabia na reklamie, jest spółką giełdową i musi skłaniać administratorów do kupowania płatnych postów. I robi to np. poprzez ograniczanie widoczności postów bezpłatnych. Z analogicznym procesem mamy do czynienia w przypadku wyszukiwarki Google. Jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę frazy produktowe jak np. Converse All Star zobaczymy poniższy obrazek:

converse

Na czerwono zaznaczyłem opłaconą reklamę a na zielono organiczne wyniki wyszukiwania. Czy może dziwić, że w przypadku sklepów internetowych ruch z SEO odgrywa dziś mniejszą rolę niż 5 lat temu? W strategicznym interesie Google leży wycięcie w pień całej branży optymalizatorów SEO – wtedy zamiast wydawać pieniądze na optymalizacje SEO klienci zaczną wydawać pieniądze w agencjach na inne formy obecności w wyszukiwarce – a to przełoży się na wyniki finansowe kalifornijskiego giganta.  Pogłoski o śmierci SEO wielokrotnie już się nie sprawdziły, ale to się w końcu stanie. Google ma przewagę własnego boiska, większych środków oraz talentów. Determinacji także im nie zabraknie

Czy należy w takim razie odejść od promowania swojej marki na Facebooku, Pintereście i przestać przejmować się ruchem z wyszukiwarek? Oczywiście nie, jeszcze nie zwariowałem, żeby takie rzeczy doradzać. Długofalowo jednak mam 3 rady, które uodpornią was na niekorzystne zawirowania, które nastąpią na pewno.

1. Odpowiednia dywersyfikacja na różne platformy.Facebook nie jest wszystkim i choć daje zwykle największe ROI z platform społecznościowych to długoterminowo nie jest optymalnym miejscem do budowania siły sklepu. Ta siła może kiedyś nagle zniknąć.
2. Dobrze zaprojektowany mix budżetu marketingowego. Dywersyfikacja to podstawa. Mając dobrą, jakościową i ilościową obecność na facebooku, pintrest, w PPC jak i SEO a ponadto własną bazę e-mail marketingową i kilka innych źródeł jesteśmy znacznie mniej wrażliwi na „zawał” jednej platformy. Takie wydarzenie będzie bolało, ale nas nie zabije – bo mamy jeszcze inne źródła jakościowego ruchu.
3. Stawianie na to co własne. Długoterminowo uniezależnianie się od platform poprzez budowanie zasięgu swoich mediów jest bezpieczną strategią biznesową. Skoro wiemy na pewno, że algorytmy Google czy Facebooka będą się w przyszłości zmieniać (nierzadko na naszą niekorzyść) to budowa bazy e-mail marketingowej, zasięgu bloga czy świadomości marki staje się priorytetową kwestią.

Oczywiście można mnie też nie posłuchać i ustawić np. popup przekierowujący użytkowników nie na newsletter tylko na fanpage. I zwiększyć ekspozycję na każdą kolejną zmianę w algorytmie Google, Facebooka i innej platformy. Przecież zmiany w nich będą odbywać się tylko na lepsze dla reklamodawców, prawda?😉

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

Magazyn Alkohole – dlaczego TESCO robi to dobrze?

Długi weekend spędziłem w towarzystwie przyjaciół w Jeleniej Górze raczej leniwie. Myszkując między półkami w poszukiwaniu strategii na wieczór znalazłem istną perełkę – Magazyn TESCO Alkohole, dystrybuowany przez tą sieć na stoiskach z trunkami.

Ktoś powie – zwykła gazetka promocyjna. Nic bardziej mylnego. TESCO Alkohole to bardzo dobry przykład content marketingu. Co ciekawe – głównie w offline. Dobra, ale dlaczego jest takie fajne?

  1. Kontekst. Edycja z którą się zapoznałem to wersja letnia. Koleżanki opalając się spędziły dobre 60 minut nad magazynem, bo zapomniały książek na basen. Żadna online`owa publikacja nie może liczyć na tyle uwagi.
  2. Sposób konsumpcji treści. Takie „wakacyjne” wydawnictwa mają ogromną przewagę nad online (i póki co mobile) dzięki odmiennemu sposobowi interakcji z czytelnikiem. Choć gazetę wziąłem jedną to czytało ją 6 osób tylko dlatego, że głośno (i pozytywnie) komentowałem to co TESCO miało mi do zakomunikowania. O ile nie trudno mi sobie wyobrazić, że przekazuję smartfon sześciu osobom, żeby pokazać im coś ciekawego  o tyle jakość i długość interakcji z treścią byłaby nieporównywalna.
  3. Jakość treści. Wszystko co powyżej nie miałoby znaczenia gdyby nie to, że magazyn ten został bardzo dobrze napisany i wydany. 63 strony o alkoholu na przyzwoitym papierze oraz artykuły pisane przez sommelierów, podróżników w sposób ciekawy i przystępny. Poza dość zaskakującym wyborem sommelierów do pisania artykułów nt. wódki wszystko się zgadza. Jest wyposażanie piwniczki, listy drinków (z takich alkoholi i produktów ,które znajdują się na półce TESCO, oczywiście), deski serów. Dodatkowo cieszy dobrze wdrożona strategia księżyca dzięki którym zwyczajne pismo może świecić światłem odbitym autorów tekstów i nie tylko. Np. Na przedostatniej stronie drink polecany przez współpracującego z brandem Roberta Makłowicza, na drugiej informacja o nagrodzie „złote szpalty” dla magazynu przyznanego przez jury pod przewodnictwem Tomasza Raczka.
  4. Znakomity jest model biznesowy przedsięwzięcia. Rzecz utrzymuje się z reklam i jest darmowa dla klienta. Ponieważ rzecz jest dystrybuowana wyłącznie na stoiskach z alkoholem TESCO mogą się w tym wydawnictwie reklamować koncerny z branży alkoholowej. TESCO w związku z cyklicznymi zakupami dużych partii trunków ma bezpośredni kontakt do potencjalnych reklamodawców i długą historię handlowania z nimi. Prawdopodobnie też koszt reklamy w TESCO alkohole dla dystrybutorów przyzwyczajonych do sponsorowania eventów nie jawi się jako wygórowany. Dodatkowo w związku z obowiązującymi w Polsce regulacjami koncerny mają niewiele możliwości reklamowania się, stąd TESCO konkuruje o budżety z niewielką liczbą podmiotów. Dodatkowo, reklamowane są wyłącznie trunki, które znajdują się na półce sklepowej wydawcy a więc od przeczytania do przychodu dla TESCO nie jest daleko.

Rzadko coś na tym blogu chwalę. Jeszcze rzadziej chwalę rzeczy offline`owe. Tutaj jednak należy się jak mało kiedy. Polecam. Na zdrowie!

Zapisz się na newsletter: https://www.getrevue.co/profile/bartosz-majewski

Polityka Insight – moje wrażenia

Gdy przeczytałem na wirtualnych mediach o powstaniu polityki insight byłem pod wrażeniem. Wreszcie ktoś z mainstreamowych mediów zerżnął świetny model biznesowy newslettera twonuggets.com autorstwa cynika9. I dzięki bogu.

Cynik9 w Twonuggets robi to tak: Za 70 Euro rocznie dostajemy dostęp do 15 ok. 20-30 stronnicowych raportów w których znajdziemy różne zagadnienia inwestycyjne z przewagą o aktywach materialnych oraz metalach szlachetnych. Jakość contentu jest taka, że przez 2 lata prenumeraty na samych informacjach tam zawartych zarobiłem kilkunastokrotność tych 70 Euro. Przeprowadzając 2 transakcje bardzo niewielkimi sumami.

Polityka Insight robi to tak: Za 700 złotych miesięcznie dostajemy dostęp do codziennego newslettera, który obejmuje ok. 5 artykułów analitycznych (Na tle tygodników opinii wyróżniających się na delikatny plus), omówienie tego co dziś robią kluczowe osoby w Państwie, urodziny ważnych osób oraz karuzelę stanowisk w zarządach i radach nadzorczych spółek giełdowych.

Gdy zabrałem się do subskrypcji próbnej miałem bardzo wysokie oczekiwania w związku z tym, że za projektem PI stoi bardzo ceniony przeze mnie Wawrzyniec Smoczyński. Niestety jestem rozczarowany. Odnoszę wrażenie, że wybrano zły model cenowy a UVP jest niedopracowane. Wspomniany cynik9 przez pierwszy rok pracował nad swoim formatem eksperymentując na czytelnikach za darmo. W efekcie, gdy zamknął się za paywallem miał już grono abonentów i produkt, który im się podobał. Być może to było nie do wdrożenia w przypadku PI, niemniej produkt w obecnym kształcie wydaje się po prostu wypuszczony zbyt szybko, bez dopracowania formatu.

PI powinna ściągnąć z cynika9 model co do joty a to się nie stało. W chwili obecnej byłbym bardzo zaskoczony gdyby PI zyskała wystarczająco dużo abonentów, żeby się utrzymać z uwagi na produkt zbyt niskiej jakości. Pomimo zalążków bardzo wartościowych treści – Urodziny ważnych osób oraz raport ze zmian stanowisk w radach nadzorczych to bardzo fajna informacja trudno mi sobie wyobrazić kogoś kto płaci za taką informację 700 złotych. Co prawda abonament taki daje także dostęp do ponad 800 analiz, niemniej jeśli są to publikacje na takim poziomie co PI Briefing to koszt pozostaje niewspółmierny do potencjalnej wartości produktu.

Mimo wszystko kibicuję temu projektowi. Wierzę w to, że na upadające w odmęty tabloidu i infortainmentu media odtrutka leży właśnie w tym modelu biznesowym oraz reklamie natywnej. Zobaczymy jak pójdzie im to za trzy lata. Smuci tylko, że bez względu na sytuację 90% społeczeństwa nigdy nie skorzysta z tego typu mediów skazując się na coraz słabsze, coraz bardziej tabloidowe, infortainmentowe media tradycyjne albo pozorną alternatywę lolconentu i to-co-się-klika w internecie.

%d bloggers like this: