Unfair Games

by bmajewski

Nie lubię sprawiedliwych gier. Bardzo lubię się za to zakładać. Prawdopodobnie odczuwam 2x więcej radości z wygranego zakładu niż inni ludzie. Każdy zakład ze mną jest asymetryczny – nawet jeśli prawdopodobieństwo wygranej jest równe (rzadko jest) to w razie wygranej sprawi mi ona większą przyjemność. Rozpatrując moje zakłady jako serię np. stu zakładów wyjdę na niej do przodu – nawet jeśli nie na ilości wygranych nagród to emocjonalnie.

Raz się wygrywa a raz się przegrywa. Bullshit. Wolę gry w których druga strona ma pod górkę. Ewentualnie, w których wygrana jest tak samo prawdopodobna dla obu stron – ale wielkość mojej wygranej jest istotniejsza niż potencjalna wygrana drugiej strony. Jestem słabym szachistą, marnie gram w kręgle i jestem jeszcze gorszym piłkarzem. To nie ma żadnego znaczenia. Minęły lata odkąd grałem w te gry. Nieźle gram w kosza (mam 184 cm wzrostu co powoduje, że mam przewagę nad częścią graczy). Dobrze biegam, strzelam, piszę, sprzedaję i gotuję. To ma kolosalne znaczenie bo robię to ciągle.

Rozmawiając z klientami zawsze byłem zdziwiony niektórymi odpowiedziami na pytanie „Czym się wyróżniacie?”. Często odpowiedź była kompletnie niewyróżniająca się. Wyobraźcie sobie software house, który na to pytanie odpowiada „no wiesz…kod piszemy. W PHPie.”. Albo agencję, która mówi o tym, że robią adwordsy. Czy Startup, który robi „to co X ale…”. Większość firm, które tak odpowiadały miało problemy z konkurencją, która jest „agresywna cenowo”.

Wśród ludzi którzy są w stanie sprawić, że gra będzie niesprawiedliwa jest gość z jednej rockowej knajpy we Wrocławiu. Byłem tam kilka razy i przy barze usłyszałem historię, którą opowiadam wam teraz. No więc przychodził tam pewien gość, nazwijmy go Markiem. Marek był po rozwodzie, miał pod 4 dychy i był po prostu przeciętnym gościem. Kombinował jak zwiększyć swoje szanse u zbuntowanych, rock-and-rollowych niewiast, które wpadały do knajpy. Ponieważ normalnie ubrany 40 latek w rockowej knajpie kiepsko konwertuje w ramach standardowego „cześć, jestem Marek, postawić ci drinka?” wymyślił inne podejście. Kupił na allegro używane koszulki zespołów metalowych z 1993 i okolic a potem zgłębił historie zespołów, które w tamtym czasie wpadały na koncerty do europy środkowo wschodniej. Nie było tych koncertów wiele, co spowodowało, że łatwo było mu sprawić wrażenie, że w pierwszej połowie lat 90tych był na wszystkich istotnych koncertach metalowych, co dodatkowo uwiarygadniał zestaw koszulek i wiek. Zaczął też siadać przy barze, co spowodowało, że stał się naturalnym elementem otoczenia. Co najważniejsze – widział, które dziewczyny podchodzą do baru same, żeby kupić sobie drinka. I jako naturalny element otoczenia w odpowiedniej koszulce zagadywał tylko kwalifikowane kandydatki (jeśli ktoś podchodzi do baru to znaczy, że ma ochotę na drinka). Wszystko to istotnie podniosło konwersję. Ponieważ był bogatszy o historię, koszulkę i skłonność do zapłacenia za drinka – małoletnia konkurencja odpadała w przedbiegach.

Kiedy pracowałem w bankowości kombinowałem nad tym jaka branża będzie rosnąć najszybciej przez następne 10-20 lat i jednocześnie ma najsłabszych sprzedawców. O 14 długości zwyciężyła technologiczna. Zapisałem się do koła naukowego Elektron i zacząłem chodzić na wszystkie konferencje technologiczno-startupowe we Wrocławiu. Moje obserwacje się potwierdziły. Nikt nie lubiał sprzedawców. Sprzedaż była traktowana jako brzydkie słowo i była zastępowana innymi jak np. wzrost, trakcja – najlepiej liczonymi nie monetarnie jak np. ruchem na stronie czy aktywnymi użytkownikami. Mój tok myślenia wyglądał tak: jestem w górnych 25% sprzedawców w bankowości. Jak będę 2x lepszy to będę w górnych 5-10% ale ciągle zginę w tłumie. Mogę też stać się 2x lepszy i być w Top 50 sprzedawców w spółkach technologicznych w tym kraju i to przed 25 rokiem życia. Nie dlatego, że jestem tak dobry. Przede wszystkim dlatego, że przeciętny sprzedawca w IT miał (i ma!) koszulę flanelową zamiast mięśnia sprzedażowego. A starcie takiego gościa ze mną w walce o klienta będzie przypominać starcie dupy z batem.

Później podobny tok rozumowania popchnął mnie do pracy w RightHello, ale nie będę się powtarzał – wkleję tylko link do quory, gdzie o tym pisałem: LINK

Innym przykładem tworzenia niesprawiedliwej przewagi jest zwyczaj czytania książek (Majewski, potrafisz napisać coś nie o książkach? – cicho Czytelniku. Próbuję.). To jest interesujące z dwóch powodów, choć niesprawiedliwą przewagę daje tylko drugi. Przyjmijmy, że książka kosztuje 100 złotych (rzadko, ale na potrzeby tej rozmowy tak przyjmę) Jeśli raz na dziesięć książek wpadniesz na pomysł, który zarobi ci dodatkowe 10.000 PLN (trudno nie wpaść jeśli czyta się właściwe książki i robi notatki) to ROI z czytania = 9.000 PLN. A jeśli dodatkowo raz na 100 książek wpadniesz na pomysł, który przyniesie 100.000? Albo bańkę? No właśnie. Drugi powód to rosnąca przewaga oczytania w czasie. Jeśli czytasz 40 ksiązek rocznie przez 10 lat to przeczytasz 400 książek. Jeśli w piątym roku twojego czytania twoja „konkurencja” zrozumie, że czytanie jest ważne to, żeby nadrobić dystans będzie musiała czytać 80 książek rocznie przez pięć lat. Co w kraju w którym przeciętny obywatel czyta wg. różnych badań 0.5 – 2 książki rocznie prawdopodobnym nie jest. To będzie szczególnie widoczne gdy będziemy starsi – bo 30 lat czytania po 50 książek rocznie to 1500 książek. Jeśli dołożymy do tego zwyczaj ostrej selekcji tego co czytamy to z dużą pewnością będziemy bardzo ciekawym rozmówcą. Co najmniej.

Często asymetrycznego ustawienia nie widać na pierwszy rzut oka. Czasami z zewnątrz wydaje się, że ktoś jest po prostu bardzo dobry/utelentowany/doświadczony w tym co robi. Dużo łatwiej jednak zidentyfikować tych, którzy mają pod górkę. Przykłady, które przychodzą na myśl to:

Wykładowca akademicki, który się jąka
Dobry programista, który uznał, że będzie dobrym founderem firmy produkującej software
Techniczny Founder startupu, który sprzedaje produkt bo „ktoś musi”

Każdy z tych przykładów to mix braku samoświadomości i pychy. Nikt zdrowy na umyśle nie postawiłby miliona dolarów na to, że wygra z Kobe Bryantem w kosza. A jednocześnie miliony ludzi gra na giełdzie przeciwko Rayowi Dalio czy Johnowi Paulsonowi – z podobnym skutkiem. Albo zostaje life-coachami w wieku 23 lat. Albo mój ulubiony przykład – chce doradzać ludziom w biznesie nie prowadząc nigdy biznesu czy nie mając doświadczenia na rynku w czasie złej pogody. Kiedy natrafiacie na tego typu zjawiska – obstawiajcie przeciwko nim.

Niesprawiedliwych gier w życiu nie musi być wiele. Tego typu zabawy mają przyjemną cechę – one się na siebie nakładają. Jeśli w życiu zawodowym znajdziesz grę, która nie jest sprawiedliwa, dołożysz do tego oczytanie i coś interesującego w życiu prywatnym – jakość życia zadba sama o siebie.

A wy, w co ostatnio gracie?

PS. Jeśli podobał ci się ten blogpost zapisz się na mój nieregularny newsletter – dzięki temu nie przegapisz następnego odcinka.

Reklamy